Godzina 3 am. Odeszly mi wody. Chyba troche za wczesnie, jeszcze 2 tygodnie do terminu poordu. Szczerze powiedziawszy nie jestem jeszcze gotowa na bycie mama. Jeszcze mam przeciez te 2 tygodnie do przyzwyczajenia sie do mysli o nowym czlonku naszej malej rodziny…czyzby???
5 am. Zebralam sie na odwage i zadzwonilam do poloznej, kazala dzwonic do szpitala i robic co oni kaza. Wiec zadzwonilam, kazali nie panikowac, zebrac rzeczy i przyjechac na kontrole. Ilosc skurczy = zero.
11.20 am.
Zasnelam po telefonie do szpitala, teraz dzwonia i pytaja czy przyjade. Wiec dzwonie do K i niech po mnie przyjezdza. Ilosc skurczy = zero
12.00 pm Jestesmy w szpitalu, bez paniki, zrelaksowani, polozne pytaja o ilosc skurczy bole, jak odpowiadam , ze zadne to spogladaja na mnie podejrzanie. No nie mam i juz.
12.45 pm
Wypisali nas do domu, kazali czekac na skurcze i bole. wiec siedze ogladam “przyjaciol” i czekam na te skurcze.
18.00 pm. Dalej nic. Zaczynam sie zastanawiac jak dziecko zyje bez wod plodowych. ….
1 am. Zaczelo sie. Skurcze tak silne ze az na nogach sie nie moge utrzymac. Spakowalismy wszystko i jedziemy do szpitala, juz tam na nas czekaja aby dostarczyc na swiat nasze malenstwo.
1.44 am.
Dotarlismy do szpitala. Bardzo mile polozne usadowily nas w naszym malym pokoiku o zielonych scianach, przyniosly caly sprzet i teraz tylko monitorujemy skurcze.
2.30am. Skurcze ustapily. Cholera co jest grane? Dopiero teraz zauwazam spojrzenia poloznych… cos jest nie tak…